Znalazłem w szafie dresy, założyłem adidasy i…..no
właśnie „i”…pojawiły się wątpliwości: jak zacząć? Czy od razu wyjść z domu i
zacząć biec, czy może odejść od domu na bezpieczną odległość tak aby nikt mnie
nie rozpoznał i wtedy ruszyć? Obejrzałem siebie w lustrze – z przodu, z boku…
no cóż sylwetka sportowca to to nie jest. Wybrałem zatem wariant drugi.
Wyszedłem z domu, odszedłem kilkaset metrów i
ruszyłem. Pamiętam, że czułem się jakoś dziwnie. Wydawało mi się, że wszyscy na
mnie patrzą i się śmieją. Nieśmiało spojrzałem
na jedną osobę, drugą kolejną i zobaczyłem, że moje bieganie wcale ich
nie obchodzi. Ufff…Kamień spadł mi z serca i trochę się poczułem pewniej.
Biegłem zatem dalej - po drodze kilka świateł więc co chwilę krótki przystanek. Ale w
końcu dłuższy odcinek. Po kilku minutach poczułem zadyszkę, przeradzającą się z
każdym krokiem w coraz większe zmęczenie. Z każdym kolejnym krokiem coraz
większą trudność sprawiało mi odrywanie nóg od ziemi. W końcu stanąłem.
Dyszałem i mało nie usiadłem ze zmęczenia. Gdy złapałem już oddech – zacząłem iść. Po kolejnych kilku minutach gdy
doszedłem już do siebie znów zacząłem ponownie biec – tym razem dużo trudniej mi się
biegło i wytrzymałem pewnie dwie, może trzy minuty. I znowu spacer. Pamiętam że
tak kilka razy. Trasa, którą sobie wymysleiłem była kółkiem więc zbliżałem się powoli
do domu – szczęśliwy, że udało mi się do niego dotrzeć o własnych siłach.
Pomyślałem: „bieganie jest bez sensu. Jak można w tym znajdować
przyjemność???”. W domu kąpiel, mokre ciuchy na kaloryfer i spać.
Następnego dnia rano wszystko było dobrze dopóki nie uruchomiłem
pierwszego z mięśni, w celu wstania z łóżka. Poczułem ból – nogi, plecy, ramiona –
bolało mnie niemal wszystko. Każdy to pewnie czuł. Po kilku minutach poruszania się
pod domu trochę się „rozruszałem”, choć ból towarzyszył mi nadal.
Byłem jednak dumny z siebie – „wczoraj biegałemJ”. Postanowiłem sprawdzić ile to
kilometrów wczoraj zrobiłem: google maps – pokazał mi, że….. niecałe 3,5 km!!! Jak
to? W 40 minut!!! Przecież ja szybciej chodzę? To było pierwsze wiadro zimnej
wody na moją dumę – zwłaszcza, że połowę tego dystansu przeszedłem…
Ale nie poddałem się: kolejne razy były coraz lepsze –
przeplatane przeziębieniami: zupełnie nie mogłem sobie poradzić z
termoregulacją. Ubierałem się za ciepło bądź za zimno. Na dodatek – nie wiedziałem
wtedy, że bawełniane koszulki tylko z nazwy są sportowe bo do biegania to
pomyłka… szybko robią się mokre, oklejają ciało, robi się zimno i tylko krok od
przeziębienia. Sztuczne materiały wydawały mi się jakieś „niemęskie” a na
dodatek obcisłe…. No cóż wiedza przyszła później.
I tak cały październik – a to biegałem a to chorowałem – generalnie
treningowo słabo.
Około grudnia zacząłem biegać dłuższe kółko : 6,5
km (też przeplatając bieg spacerem). Chyba już pozbyłem się wstydu, który
miałem na początku. Biegam już trzy miesiące – choć nie lubiłem tego – zaczyna mi
się podobać. Początkowo nieregularnie ale teraz już trzy – czasem cztery razy w
tygodniu – zawsze rano. To pomaga w ułożeniu myśli na cały dzień.
Styczeń2012.
To było wyzwanie. Nadeszły potężne mrozy. Kupiłem
sobie bieliznę biegową i skończyły się mokre plecyJ A wracając do mrozów zakładałem po
kilka warstw i było ok. Najgorzej z oddychaniem. Oddychałem buzią przez
szalik.
Najtrudniejszy był jeden z biegów w górach na feriach
zimowych – minus 27 stopni. Założyłem wszystko co miałem, włączając kominiarkę,
wspomniany szalik, bieliznę narciarska i spodnie narciarskie a wszystkie odkryte części ciała w okolicach oczu na grubo
linomagiem. I zdjąłem okulary (przymarzały do twarzy). I dało się. Może nie było najwygodniej ale biec się dało. Nie
wierzcie, że poniżej pewnej temperatury nie powinno się czy nie da się biegać. Wszystko jest kwestia
odpowiedniego ubrania, przygotowania się i wcześniejszej rozgrzewki – koniecznie jeszcze przed
wyjściem.
Pierwsza korzyść: Zima była trudna ale to był okres, w
którym w ogóle nie chorowałem. Mój organizm się zahartował - nawet w czasie przesilenia wiosennego wszyscy
dookoła kichali a ja byłem zdrowy.
Ba – bieganie zaczynało sprawiać mi przyjemność – do tego
stopnia, że miałem okresy, kiedy biegałem kilkanaście razy pod rząd - dzień po dniu!
Z racji zbliżającego się 8 Półmaratonu Warszawskiego –
następnym razem kilka słów o poprzednim.
Biegajcie bo wartoJ
Rafał
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz