To dobre pytanie. Mam nadzieję, że dostarczę Wam
dowodów , że nigdy nie jest za późno na ważne decyzje.
A zacznę tak: dawno, dawno temu, pewnie około 25….kilogramów temu byłem
bardzo aktywnym młodym chłopakiem, koszykówka, siatkówka, piłka nożna, pływanie
itd. Ale jak skończyły się studia i odkąd zacząłem pracować z autobusów i
tramwajów przesiadłem się do samochodu. Z kolejnymi latami wspomniana liczba 25
zaczęła powoli się zmniejszać…
Zmiana trybu życia nie była jednak jedynym powodem, że
ubrania jakie miałem zaczęły się jakoś niespodziewanie kurczyćJ co zmusiło mnie do kupowania nowych,
na wszelki wypadek trochę większych - no
bo się przecież zbiegają w praniu…
Wracając jednak do tematu: mijały kolejne lata – coraz
mniej ruchu, na coraz krótsze odcinki wsiadałem do samochodu zamiast się
przespacerować. Co wpadało na brzuszek
zimą - latem już nie znikało… A na dodatek pojawiły się pierwsze oznaki
nadciśnienia, dodatkowo niestrawności, kłopoty ze snem i niebezpieczna liczba
na wadze, na krawędzi wyniku trzycyfrowego !!!
Aaa - zapomniałbym
- mam na swoim koncie kilka cudownych diet . Jedne bardzie skuteczne
inne mniej. Ale z perspektywy moich doświadczeń wiem, że sztuką nie jest
zastosować i podporządkować się wymaganiom diety. Bo to choć jest może
krótkoterminowo trudniejsze to tez tylko krótkoterminowo skuteczne i dla
powodzenia całości celu, jakim jest zrzucenie wagi ma mniejsze znaczenie.
Mniejsze niż to co dzieje się po zakończeniu diety. Skuteczna dieta to zmiana
odżywiania od początku diety… na zawsze. Jeśli ktokolwiek z Was wierzy, że jest
inaczej nie zaczynajcie diet bo się rozczarujecie już kilka miesięcy po ich
zakończeniu. Nikt tego nie mówi przy prezentacji czy promocji diet, że po ich
zakończeniu nie można wrócić do stylu odżywiania „sprzed” diety.
Tak niestety jest - ale to będzie jeden z wątków do
rozwinięcia na osobny wpis.
Na dodatek kończyły się kolejne wakacje w 2011 roku –
i jadąc na działkę przez Warszawę pod koniec września w jedną z niedziel kląłem
jak szewc – dlaczego? Otóż dlatego, że pół miasta było sparaliżowane bo komuś
się zachciało biegać! Maraton Warszawski!
Stojąc (a w zasadzie siedząc za kółkiem w samochodzie)
na światłach popatrzyłem jak wiele wysiłku ich to kosztuje… Początkowa złość
trochę opadła i chwilę przyglądałem się biegaczom: znacznie odbiegali od mojego
wyobrażenia o maratończykach: niektórzy rzeczywiście szczupli przesuwali się w otaczającym
krajobrazie niemal ledwo dotykając podłoża. Aż miło było popatrzeć. Ale wielu innych
biegło ciężko, jakby znaleźli się tam z przypadku. Niektórzy byli na oko dwa
razy ode mnie starsi ale - wszyscy biegli …. Z rozmyślań wyrwały mnie klaksony
samochodów stojących za mną, w których kierowcy nie podzielali mojego rosnącego
podziwu dla biegaczy.
Na działce i wracając z niej myśl o tych biegaczach
nie mogła mnie opuścić - nomen omen na działce właśnie wchłonąłem pewnie
kilogram mięsiwa z grilla co sprawiło, że moja miłość do sportu jako typowego
praktykującego jej obserwatora znacznie wzrosła. Wnoszenie kosiarki i kilka
kursów po domowych schodach szybko jednak zweryfikowały moją dumę o sile i
kondycji…
Tak mógłbym zakończyć tę historię – i pewnie byłaby ona
typowa dla wielu telewizyjnych kibiców. Ale wracając do tytułu – przecież „tak
to się zaczęło” a nie skończyło. Pomyślałem: waga 99 – przy wzroście 187 to BMI
ponad 28. ciśnienie 150/90, pewnie krok albo dwa do cukrzycy. Przypomniałem
sobie maratończyków – ale nie tych wysportowanych tylko tych drugich, dla
których to mniej sportowa rywalizacja z kimś a bardziej z samym sobą.
Zatem czy to nie wstyd, że Panowie i Panie w wieku
moich rodziców biegają a ja siedzę na czterech literach? Na dodatek dzieci
patrzą i wyciągają wnioski – a to nie jest wzór do naśladowania…
A może…
Nie to chyba niemożliwe…
Chociaż - przebiec taki maraton to byłoby coś!
Duma…Poczucie własnej wartości…
Zatem co stoi na przeszkodzie?
I tu kolejny ważny argument (przynajmniej wtedy): nigdy nie
lubiłem biegać! Za piłką to i owszem ale tak biec dla samego biegania?
Chodziłem kilka lat na siłownię i bieżnia to było najgorsze z ćwiczeń
aerobowych. Wiosła, ergometry tak! ale nie bieżnia!
Z drugiej strony lubiłem ambitne bardzo trudne cele
(radziłem sobie z rygorem diet) – więc zacząłem tak o tym myśleć: Cel: przebiec
maraton 2012. Wiedziałem, że bieganie to dobry sposób aby schudnąć ale po moich
niepowodzeniach z odchudzaniem wolałem aby to potraktować jako added value –
zwłaszcza, że nie miałem pojęcia czy, jak, kiedy i jak szybko będę chudł.
Zatem postanowione: Chcę przebiec maraton. Mam na to
rok. Pisząc to, bieganie było ciagle jeszcze dla mnie teorią. A co z praktyką?
O moim pierwszym razie, o tym jak coś czego nie lubiłem stało się moją pasją, o bólach, jak sobie z nimi radziłem, sprzęcie i o tym jak patrzę na bieganie dzisiaj - to już nastepnym razem.
Biegajcie J Tak po prostu: dla siebie.
pozdrawiam
Rafał
PS: załadowałem poniżej kilka zdjęć, które zrobiłem podczas biegania: zima w Beskidzie Śląskim (okolice Wisły i Istebnej). Mam nadzieję, że się Wam spodobają:-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz