wtorek, 19 lutego 2013

Jak to się zaczęło? Cz II

Pierwszy raz zawsze wspomina się trochę z nostalgiąJ

Znalazłem w szafie dresy, założyłem adidasy i…..no właśnie „i”…pojawiły się wątpliwości: jak zacząć? Czy od razu wyjść z domu i zacząć biec, czy może odejść od domu na bezpieczną odległość tak aby nikt mnie nie rozpoznał i wtedy ruszyć? Obejrzałem siebie w lustrze – z przodu, z boku… no cóż sylwetka sportowca to to nie jest. Wybrałem zatem wariant drugi.

Wyszedłem z domu, odszedłem kilkaset metrów i ruszyłem. Pamiętam, że czułem się jakoś dziwnie. Wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą i się śmieją. Nieśmiało spojrzałem  na jedną osobę, drugą kolejną i zobaczyłem, że moje bieganie wcale ich nie obchodzi. Ufff…Kamień spadł mi z serca i trochę się poczułem pewniej. Biegłem zatem dalej - po drodze kilka świateł więc co chwilę krótki przystanek. Ale w końcu dłuższy odcinek. Po kilku minutach poczułem zadyszkę, przeradzającą się z każdym krokiem w coraz większe zmęczenie. Z każdym kolejnym krokiem coraz większą trudność sprawiało mi odrywanie nóg od ziemi. W końcu stanąłem. Dyszałem i mało nie usiadłem ze zmęczenia. Gdy złapałem już oddech – zacząłem iść. Po kolejnych kilku minutach gdy doszedłem już do siebie znów zacząłem ponownie biec – tym razem dużo trudniej mi się biegło i wytrzymałem pewnie dwie, może trzy minuty. I znowu spacer. Pamiętam że tak kilka razy. Trasa, którą sobie wymysleiłem była kółkiem więc zbliżałem się powoli do domu – szczęśliwy, że udało mi się do niego dotrzeć o własnych siłach.

Pomyślałem: „bieganie jest bez sensu. Jak można w tym znajdować przyjemność???”. W domu kąpiel, mokre ciuchy na kaloryfer i spać.

Następnego dnia rano wszystko było dobrze dopóki nie uruchomiłem pierwszego z mięśni, w celu wstania z łóżka. Poczułem ból – nogi, plecy, ramiona – bolało mnie niemal wszystko. Każdy to pewnie czuł. Po kilku minutach poruszania się pod domu trochę się „rozruszałem”, choć ból towarzyszył mi nadal.

Byłem jednak dumny z siebie – „wczoraj biegałemJ”. Postanowiłem sprawdzić ile to kilometrów wczoraj zrobiłem: google maps – pokazał mi, że….. niecałe 3,5 km!!! Jak to? W 40 minut!!! Przecież ja szybciej chodzę? To było pierwsze wiadro zimnej wody na moją dumę – zwłaszcza, że połowę tego dystansu przeszedłem…

Ale nie poddałem się: kolejne razy były coraz lepsze – przeplatane przeziębieniami: zupełnie nie mogłem sobie poradzić z termoregulacją. Ubierałem się za ciepło bądź za zimno. Na dodatek – nie wiedziałem wtedy, że bawełniane koszulki tylko z nazwy są sportowe bo do biegania to pomyłka… szybko robią się mokre, oklejają ciało, robi się zimno i tylko krok od przeziębienia. Sztuczne materiały wydawały mi się jakieś „niemęskie” a na dodatek obcisłe…. No cóż wiedza przyszła później.

I tak cały październik – a to biegałem a to chorowałem – generalnie treningowo słabo.

Około grudnia zacząłem biegać dłuższe kółko : 6,5 km (też przeplatając bieg spacerem). Chyba już pozbyłem się wstydu, który miałem na początku. Biegam już trzy miesiące – choć nie lubiłem tego – zaczyna mi się podobać. Początkowo nieregularnie ale teraz już trzy – czasem cztery razy w tygodniu – zawsze rano. To pomaga w ułożeniu myśli na cały dzień.

Styczeń2012.

To było wyzwanie. Nadeszły potężne mrozy. Kupiłem sobie bieliznę biegową i skończyły się mokre plecyJ A wracając do mrozów zakładałem po kilka warstw i było ok. Najgorzej z oddychaniem. Oddychałem buzią przez szalik.

Najtrudniejszy był jeden z biegów w górach na feriach zimowych – minus 27 stopni. Założyłem wszystko co miałem, włączając kominiarkę, wspomniany szalik, bieliznę narciarska i spodnie narciarskie a wszystkie odkryte części ciała w okolicach oczu na grubo linomagiem. I zdjąłem okulary (przymarzały do twarzy). I dało się. Może nie było najwygodniej ale biec się dało. Nie wierzcie, że poniżej pewnej temperatury nie powinno się czy nie da się biegać. Wszystko jest kwestia odpowiedniego ubrania, przygotowania się i wcześniejszej rozgrzewki – koniecznie jeszcze przed wyjściem.

Pierwsza korzyść: Zima była trudna ale to był okres, w którym w ogóle nie chorowałem. Mój organizm się zahartował  - nawet w czasie przesilenia wiosennego wszyscy dookoła kichali a ja byłem zdrowy.

Ba – bieganie zaczynało sprawiać mi przyjemność – do tego stopnia, że miałem okresy, kiedy biegałem kilkanaście razy pod rząd - dzień po dniu!

Z racji zbliżającego się 8 Półmaratonu Warszawskiego – następnym razem kilka słów o poprzednim.

Biegajcie bo wartoJ

Rafał

środa, 6 lutego 2013

jak to się zaczęło...


To dobre pytanie. Mam nadzieję, że dostarczę Wam dowodów , że nigdy nie jest za późno na ważne decyzje.

A zacznę tak: dawno, dawno  temu, pewnie około 25….kilogramów temu byłem bardzo aktywnym młodym chłopakiem, koszykówka, siatkówka, piłka nożna, pływanie itd. Ale jak skończyły się studia i odkąd zacząłem pracować z autobusów i tramwajów przesiadłem się do samochodu. Z kolejnymi latami wspomniana liczba 25 zaczęła powoli się zmniejszać…

Zmiana trybu życia nie była jednak jedynym powodem, że ubrania jakie miałem zaczęły się jakoś niespodziewanie kurczyćJ co zmusiło mnie do kupowania nowych, na wszelki wypadek trochę większych  - no bo się przecież zbiegają w praniu…

Wracając jednak do tematu: mijały kolejne lata – coraz mniej ruchu, na coraz krótsze odcinki wsiadałem do samochodu zamiast się przespacerować.  Co wpadało na brzuszek zimą - latem już nie znikało… A na dodatek pojawiły się pierwsze oznaki nadciśnienia, dodatkowo niestrawności, kłopoty ze snem i niebezpieczna liczba na wadze, na krawędzi wyniku trzycyfrowego !!!

Aaa -  zapomniałbym  - mam na swoim koncie kilka cudownych diet . Jedne bardzie skuteczne inne mniej. Ale z perspektywy moich doświadczeń wiem, że sztuką nie jest zastosować i podporządkować się wymaganiom diety. Bo to choć jest może krótkoterminowo trudniejsze to tez tylko krótkoterminowo skuteczne i dla powodzenia całości celu, jakim jest zrzucenie wagi ma mniejsze znaczenie. Mniejsze niż to co dzieje się po zakończeniu diety. Skuteczna dieta to zmiana odżywiania od początku diety… na zawsze. Jeśli ktokolwiek z Was wierzy, że jest inaczej nie zaczynajcie diet bo się rozczarujecie już kilka miesięcy po ich zakończeniu. Nikt tego nie mówi przy prezentacji czy promocji diet, że po ich zakończeniu nie można wrócić do stylu odżywiania „sprzed” diety.

Tak niestety jest - ale to będzie jeden z wątków do rozwinięcia na osobny wpis.

Na dodatek kończyły się kolejne wakacje w 2011 roku – i jadąc na działkę przez Warszawę pod koniec września w jedną z niedziel kląłem jak szewc – dlaczego? Otóż dlatego, że pół miasta było sparaliżowane bo komuś się zachciało biegać! Maraton Warszawski!

Stojąc (a w zasadzie siedząc za kółkiem w samochodzie) na światłach popatrzyłem jak wiele wysiłku ich to kosztuje… Początkowa złość trochę opadła i chwilę przyglądałem się biegaczom: znacznie odbiegali od mojego wyobrażenia o maratończykach: niektórzy rzeczywiście szczupli przesuwali się w otaczającym krajobrazie niemal ledwo dotykając podłoża. Aż miło było popatrzeć. Ale wielu innych biegło ciężko, jakby znaleźli się tam z przypadku. Niektórzy byli na oko dwa razy ode mnie starsi ale - wszyscy biegli …. Z rozmyślań wyrwały mnie klaksony samochodów stojących za mną, w których kierowcy nie podzielali mojego rosnącego podziwu dla biegaczy.

Na działce i wracając z niej myśl o tych biegaczach nie mogła mnie opuścić - nomen omen na działce właśnie wchłonąłem pewnie kilogram mięsiwa z grilla co sprawiło, że moja miłość do sportu jako typowego praktykującego jej obserwatora znacznie wzrosła. Wnoszenie kosiarki i kilka kursów po domowych schodach szybko jednak zweryfikowały moją dumę o sile i kondycji…

Tak mógłbym  zakończyć tę historię – i pewnie byłaby ona typowa dla wielu telewizyjnych kibiców. Ale wracając do tytułu – przecież „tak to się zaczęło” a nie skończyło. Pomyślałem: waga 99 – przy wzroście 187 to BMI ponad 28. ciśnienie 150/90, pewnie krok albo dwa do cukrzycy. Przypomniałem sobie maratończyków – ale nie tych wysportowanych tylko tych drugich, dla których to mniej sportowa rywalizacja z kimś a bardziej z samym sobą.

Zatem czy to nie wstyd, że Panowie i Panie w wieku moich rodziców biegają a ja siedzę na czterech literach? Na dodatek dzieci patrzą i wyciągają wnioski – a to nie jest wzór do naśladowania…

A może…

Nie to chyba niemożliwe…

Chociaż - przebiec taki maraton to byłoby coś!

Duma…Poczucie własnej wartości…
 
Zatem co stoi na przeszkodzie?

I tu kolejny ważny argument (przynajmniej wtedy): nigdy nie lubiłem biegać! Za piłką to i owszem ale tak biec dla samego biegania? Chodziłem kilka lat na siłownię i bieżnia to było najgorsze z ćwiczeń aerobowych. Wiosła, ergometry tak! ale nie bieżnia!

Z drugiej strony lubiłem ambitne bardzo trudne cele (radziłem sobie z rygorem diet) – więc zacząłem tak o tym myśleć: Cel: przebiec maraton 2012. Wiedziałem, że bieganie to dobry sposób aby schudnąć ale po moich niepowodzeniach z odchudzaniem wolałem aby to potraktować jako added value – zwłaszcza, że nie miałem pojęcia czy, jak, kiedy i jak szybko będę chudł.

Zatem postanowione: Chcę przebiec maraton. Mam na to rok. Pisząc to, bieganie było ciagle jeszcze dla mnie teorią. A co z praktyką?

O moim pierwszym razie,  o tym jak coś czego nie lubiłem stało się moją pasją, o bólach, jak sobie z nimi radziłem, sprzęcie i o tym jak patrzę na bieganie dzisiaj - to już nastepnym razem.
 
Biegajcie J Tak po prostu: dla siebie.
pozdrawiam
Rafał
 
PS: załadowałem poniżej kilka zdjęć, które zrobiłem podczas biegania: zima w Beskidzie Śląskim (okolice Wisły i Istebnej). Mam nadzieję, że się Wam spodobają:-)